Zakochana w nauce

Muszę Wam się do czegoś przyznać. Teraz gdy na to patrzę, czuję się jak ignorant.

Wiedziałem oczywiście, że MariaSkłodowska-Curie, dostała nobla, a nawet dwa za prace nad promieniotwórczością oraz za odkrycie pierwiastków. Nazwanego na cześć nieistniejącego wówczas państwa — polonu oraz radu.

Jest mi wstyd, że jeszcze niedawno tu kończyła się moja wiedza na jej temat. Że potrafię odróżnić kolumny doryckie od korynckich, ponieważ uczyłem się o nich trzykrotnie podczas mojej nauki (w podstawówce, gimnazjum oraz liceum) a o tym, że była noblistką wiem z szeroko rozumianej “wiedzy powszechnej”, bo w naszym systemie nie przewidziano czasu na naukę tego, co naprawdę istotne.

Aż chce się zacytować Marię piszącą do swej siostry Heleny w 1912 roku:

 Czasem mi się zdaje, że lepiej dzieci potopić, aniżeli uczyć je w obecnych szkołach.

Wstyd mi, że nie wiedziałem, że była pierwszą kobietą, która otrzymała dwie nagrody nobla. Że była pierwszą kobietą profesorem na paryskiej Sorbonie i o tym, że w czasie pierwszej wojny uratowała tysiące żyć. I o tym też, że sam Einstein pisał o niej:

To wspaniale, że wśród nas znajdują się ludzie tacy jak Pani, jak Langevin, prawdziwe istoty ludzkie, w których towarzystwie można odczuwać radość. Jeśli motłoch nadal będzie Panią atakować, proszę po prostu przestać czytać te bzdury”.

Niedawno skończyłem czytać biografie Marii napisanej przez jej córkę — Ewę Curie i do dziś nie mogę wyjść z wrażenia!

Ależ one są wspaniałe. Maria i jej biografia. I co za ogromne szczęście, że Maria nauczyła swe córki (z których starsza Elżbieta również otrzymała nagrode Nobla) naszego języka. Jakże uboższa byłaby jej historia gdyby nie zawierała oryginałów listów i powiedzeń pisanych językiem równie pięknym jak wzruszającym.

Nie streszczę tu książki bo uważam, że każdy powinien ją przeczytać. Przeczytać i być dumny z tego jak wspaniałych rodaków mamy. Zebrałem jednak rzeczy, które utkwiły mi najbardziej w głowie i sercu podczas czytania.

Zacznijmy o początku. Wspomnienie zaborów to świetny moment by zdać sobię sprawę jak łatwo potrafimy przywyknąć do danego stanu rzeczy. Jak mawiał słynny Serbski wynalazca żyjący w tych samych czasach Nikola Tesla – Cuda dnia wczorajszego są dziś zaledwie powszechnym zjawiskiem.

Dlatego dla wielu z nas, w tym mnie ten cały „cud” wolności i prawa do edukacji był nie tylko czymś oczywistym, ale wręcz przykrym obowiązkiem. Jednak nie zawsze tak było. Gdy Maria była młoda edukacja była zabroniona. A przynajmniej ta w języku polskim i o Polsce.

Mania, […] razem z siostrami: Brońcią i Helą […], zaczęła pilnie uczęszczać na wykłady tzw. Uniwersytetu Latającego. Były to wykłady przede wszystkim z zakresu nauk przyrodniczych (anatomia, biologia itd.) oraz socjologii, wygłaszane bezpłatnie dla młodych ludzi pragnących poszerzyć swoją wiedzę. Oczywiście tajne, odbywały się one w różnych prywatnych mieszkaniach, to tu – to ówdzie. Często zbierano się u Bronki Piaseckiej – audytorium było nieliczne, po osiem, dziesięć osób. Gorączkowe notowanie słów wykładowcy, namiętne dyskusje, wspólne czytanie artykułów, książek, broszur – i, za każdym dzwonkiem, za każdym podejrzanym szmerem, dreszcz lęku: policja?! Bowiem wizyta policji byłaby dla niejednego z zebranych równoznaczna z uwięzieniem.

Pragmatyzm

Czas zaborów, to trudny czas. Wielu polaków podejmuję próbę walki z okupantem na różne sposoby w tym poprzez sztukę i literaturę. Jednak Mania, wybiera inny, bardziej pragmatyczny w jej odczuciu sposób, a mianowicie naukę:

Nagle więc chemia i biologia zatriumfowały w tysiącach młodziutkich głów nad literaturą i poezją. O ile jednak w wolnych krajach takie prądy mogą rozwijać się całkiem jawnie, o tyle w Polsce każdy przejaw swobody myślenia uważany jest za podejrzany. (Dlatego) te nowe teorie szerzyły się drogą konspiracyjną.

Mania chce budować lepszą przyszłość dla narodu poprzez naukę, a nie poezję. Skoro nie możecie pracować dla teraźniejszości, pracujcie dla jej przyszłości — powtarza młodym. Zresztą pragmatyczność będzie jej cechą charakterystyczną przez całe życie. Choć sama jest najzdolniejsza z całej rodziny, rezygnuje ze studiów i decyduje się pójść do pracy jako nauczycielka, aby pomóc finansowo siostrze, która chce wyjechać do Francji na studia. Jednakże, nie chodzi tu o fałszywą skromność MC, lecz o życiowy pragmatyzm. Mania proponuje siostrze konkretny układ — Ty jesteś starsza więc jedź, skończ studia i znajdź pracę a później ja pojadę a Ty pomożesz mi się utrzymać.

Honor

Ale pragmatyzm to tylko jedna z wielu wspaniałych cech MC — jej kręgosłup moralny jest ze stali. Gdy Marii udaje się wyjechać do Francji na studia, ledwo wiąże koniec z końcem. Z każdym razem, gdy przychodzi jesień, Marię ogarnia ten sam lęk — skąd wziąć pieniądze? Jesienią 1893 roku jej sytuacja materialna jest beznadziejna, lecz wtedy zdarza się cud. Panna Dydyńska, wierząc, że Maria ma przed sobą wielką przyszłość naukową, poruszyła niebo i ziemię, aby jej wyrobić Stypendium Aleksandrowiczów, przeznaczone dla wyjątkowo zdolnych studentów. Sześćset rubli to kwota, która pozwoli MC utrzymać się przez piętnaście miesięcy w Paryżu.

Kilka lat później, zbierając grosz do grosza z pierwszych zarobionych przez siebie na paryskim bruku pieniędzy, pracując dla Towarzystwa Wspierania Przemysłu Krajowego (Société d’Encouragement pour l’Industrie Nationale), MC udaje się odłożyć równowartość otrzymanego stypendium i… odsyła je zarządowi fundacji. Zarząd fundacji jest zszokowany — nigdy wcześniej nie mieli takiej sytuacji, więc informują Marię, że stypendium jest bezzwrotne.

Ale Maria nie chce nawet ich słuchać. Nie przyjmuje zwrotu, bo od początku uważała, je za pożyczkę. Za dług honorowy, który jej obowiązkiem jest spłacić natychmiast, gdy tylko będzie mogła. Tym bardziej że jak tłumaczy sobie, stypendium było dowodem zaufania do niej. Nieuczciwością w jej pojęciu byłoby zatrzymać, choćby przez chwilę dłużej niż by tego wymagała sytuacja pieniądze, które teraz przecież znów mogą komuś pomóc.

Pieniądze

Wspomniana sytuacja dobrze obrazuje stosunek do pieniędzy, jaki będzie towarzyszyć Marii i jej mężowi Piotrowi przez całe ich życie. Lata później, gdy pojawi się okazja, aby skomercjalizować ich lata ciężkiej pracy i opatentować metody wydobycia radu, małżeństwo rezygnuje tej możliwości. Nie jest to jednak decyzja łatwa. W owym czasie para wciąż boryka się z bardzo istotnym problemem, jakim jest brak laboratorium z prawdziwego zdarzenia.

Dla zarysowania sytuacji dodajmy, że małżeństwo Curie dokonało odkrycia radu w… “starej drewnianej szopie z cementową podłogą i oszklonym, cokolwiek dziurawym dachem” jak opisują swoje miejsce pracy we wspomnieniach. Nawet po otrzymaniu nagrody Nobla, naukowcy nie mogli się doprosić o dostęp do porządnego laboratorium, a na wybudowanie własnego przyjdzie im poczekać jeszcze wiele lat. Jednak nawet ten mankament nie wpłynie na ich decyzje o rezygnacji z Patentu. MC zacementuje ją mówiąc do męża – Fizycy zawsze ogłaszają bez wszelkich zastrzeżeń wyniki swych badań. Fakt, że nasze odkrycie ma przed sobą także i handlową przyszłość, jest zbiegiem okoliczności, z którego nie wolno nam korzystać. Jeśli zaś rad ma służyć jako środek leczniczy, tym bardziej nie wydaje mi się możliwe, abyśmy zarabiali na nim.

Być może fakt, że rad to nie tylko kolejna pozycja na tablicy Mendelejewa, lecz lekarstwo, który uratował życie wielu osobom jest dla Was taką samą nowością jaką był dla mnie. Dlatego śpieszę wyjaśnić, że jest on wykorzystywany do dziś w leczeniu raka dzięki swoim właściwością promieniotwórczym. Rad dociera do kości, gdzie występują przerzuty raka i emituje promieniowanie o małym zasięgu, które niszczy otaczające komórki nowotworowe bez uszkadzania szpiku kostnego. Leczenie to było nazywane wręcz „Curie terapią”, ale to nie jedyny wkład MC w ratowanie życia, o czym napisze za chwilę.

Na moment wróćmy jeszcze do pieniędzy. W późniejszych latach życia majątek MC znacznie się powiększył, chociażby ze względu na otrzymywane nagrody i granty (których zresztą często nie przyjmowała), jednak jej stosunek do pieniędzy zupełnie się nie zmienił. Warto też zwrócić uwagę, jakie wychowanie w tym zakresie dała ona swoim córkom. Lata po odkryciu Radu, dojdzie do kuriozalnej sytuacji. Ze względu na fakt, że para naukowców zrezygnowała z patentu i dzieliła się wiedzą z każdym, kto był zainteresowany poznaniem technik jego pozyskania, w Stanach Zjednoczonych będzie znajdować się w użytku ponad pięćdziesiąt gramów tego cennego (gram radu kosztuje wówczas ponad sto tysięcy dolarów) i rzadkiego kruszcu, podczas gdy Maria nie będzie mieć nawet pół grama na potrzeby dalszych badań bowiem pierwszy wydobyty z mężem gram przekazali uczelni. Nawiasem mówiąc, Maria i Piotr pierwszy gram radu wydobyli, przerobiwszy w swej szopie przy Lhomond osiem ton (!) odpadków smółki uranowej metodą własnego pomysłu.

Na szczęście z pomocą przychodzi jej Pani William Brown Meloney, redaktorka dużego nowojorskiego magazynu, która organizuje akcje wsparcia pośród amerykańskich kobiet. Rok później Maria otrzymuje list z wieścią – „Pieniądze się znalazły – gram radu należy do Pani!”.

W przeddzień zebrania w Białym Domu pani Meloney przedstawiła Marii tekst aktu darowizny. Maria przeczytała go uważnie i powiedziała:

Trzeba zmienić ten tekst. Rad, który mi ofiarowują Stany Zjednoczone, musi pozostać na zawsze własnością Nauki. Ja, póki będę żyła, oczywiście używać go będę tylko do badań naukowych. Ale, jeśliby takie było brzmienie aktu, po mojej śmierci przeszedłby wasz dar do rąk prywatnych osób: moich córek. Uważam to za niemożliwe. Chcę oddać ten rad memu laboratoirum. – I tak upiera się przy swoim, że nie pozostawia darczyńcom wyboru. Sprowadzony przed północą prawnik poprawia umowę. Tym samym pozbawia swoje córki ogromnej fortuny ale w pojęciu Marii ubóstwo jest wprawdzie niewygodne, ale bogactwo wydaje się jej niepotrzebne i rażące. Uważa za rzecz wskazaną i naturalną, że jej córki będą musiały w przyszłości zarabiać na życie.

Ratowanie życia

Gdyby odkrycie Radu, który jak wspominałem wcześniej, okazał się niesamowicie skuteczny w leczeniu raka, było jeszcze niewystarczającą zasługą, to z pewnością to, co uczyniła podczas pierwszej wojny światowej, stawia ją na szczycie rankingu osób, które uratowały najwięcej ludzkich istnień.

Gdy w sierpniu 1914 roku rozpoczyna się pierwsza wojna światowa, Maria przebywa we Francji. Maria, choć zawsze pozostaje wierna Polsce, zapomina jednocześnie, że Francja nie jest jej ojczyzną i przystępuję do działania. W pierwszym odruchu pragnie oddać swoje medale i nagrody na pożyczki wojenne, forma dokapitalizowania wojska, do której nawołuje rząd, jednocześnie obiecując, że pożyczki zostaną spłacone po wojnie, choć takiej pewności oczywiście nie ma. Jednak przed sfinalizowaniem tej ofiary powstrzymuje ją bankowy kasjer, który oburza się i nie przyjmuje ofiary, mówiąc MC, że byłaby to zbrodnia.

Maria, która nigdy nie potrafiła stać z założonymi rękami, szybko wpada na pomysł jak inaczej może przydać się podczas konfliktu. Odrzuca oczywiście drogę prostą i łatwą — ucieć z kraju jak większość, których na to stać lub iść pomagać jako sanitariuszka do szpitala. Szybko zauważa lukę, którą będzie chciała wypełnić.

Maria Skłodowska-Curie oraz Irena Curie w towarzystwie żołnierzy amerykańskich podczas kursu radiologicznego, aut. fot. nieznany, 1919,  Muzeum Curie w Paryżu, licencja PD, źródło: Google Arts & Culture

Choć promienie Roentgena zostały odkryte już w 1895, to prawie 20 lat później Francja ma bardzo niewiele aparatów rentgenowskich i jeszcze mniej rentgenologów. Zaledwie kilka największych wojskowych ośrodków sanitarnych jest zaopatrzonych w ten „luksus”. A przecież ta technologia pozwala lekarzom bardzo dokładnie zidentyfikować pozostałości po nabojach u postrzelonych żołnierzy! W tym czasie problemem jest nie tylko brak aparatury, lecz także, a może wręcz przede wszystkim — brak instalacji elektrycznych w wielu szpitalach.

Maria za pieniądze otrzymane od Związku Kobiet Francuskich przygotowuje pierwszy „wóz rentgenowski”. Do zwykłego samochodu ciężarowego wstawia aparat Roentgena i dynam, które po podłączeniu do silnika auta generuje potrzebny prąd. Pierwszy taki samochód zaczyna swą służbę już kilka dni po wybuchu wojny w sierpniu 1914. W armii będą niebawem nazywać te ratujące życie auta mianem “małych Curie”.

Maria Skłodowska-Curie za kierownicą ambulansu rentgenowskiego, aut. fot. nieznany, październik 1917, Muzeum Curie w Paryżu, licencja PD, źródło: Google Arts & Culture

Pomimo niechęci urzędników (“Niech nam cywile nie zawracają głowy!”), ale przy ogromnym wsparciu osób prywatnych (hojni sponsorzy darowują swoje limuzyny) udaje jej się osiągnąć niesamowite rezultatu. Oprócz dwudziestu wozów (z których Maria zachowuje jeden dla siebie, będzie nim jeździć i prześwietlać rannych do końca wojny) wyposażyła ponad dwieście sal w aparaty rentgenowskie i przeszkoliła personel w ich obsłudze. Łącznie dzięki maszynom dostarczonym przez MC zostanie prześwietlonych ponad milion osób, co wielu z nim uratuje życie.

Skromność

Chociaż osiągnięcia MC wystarczyłyby, aby obdarować nimi kilka, a nawet kilkanaście innych osób i dalej każda z nich byłaby prawdopodobnie światowej klasy uczonym, to jej skromność jest odwrotnie proporcjonalna do jej sławy. To ciekawe, zwłaszcza z perspektywy dzisiejszego czytelnika, któremu przyszło żyć w czasach, w których ludzie, którzy jeszcze nic nie osiągnęli a kreują się w świecie mediów społecznościowych, na gwiazdy krajowego czy światowego formatu.

Widać to doskonale w czasie jej prac nad promieniotwórczością, podczas których odkrywa rad. Gdy badając prmieniowanie różnych próbek okazuje się, że część z nich charakteryzuje się o wiele większym promieniowaniem niżby to wynikało z ich składu. Ta anomalia po latach zostanie wyjaśniona właśnie obecnością radu, jednak pomimo powtórzenia badania dziesięciokrotnie, za każdym razem z jeszcze większą drobiazgowością i dokładnością przy dokonywaniu pomiarów wynik jest jednoznaczny. I choć wszystkie znaki na niebie i ziemii sugerują, że w próbce musi znajdować się coś więcej, coś, czego na pierwszy rzut oka nie widać to pierwsza myśl, która pojawia się w jej głowie to — Musiałam się pomylić w obliczeniach. Dzieje się tak, gdyż nieufność, jest zawsze pierwszym odruchem uczonego (co lata później zostanie zbadane i opisane przez psychologów i nazwane od ich nazwisk Efektem Dunninga-Krugera).

Wydaje się, że Maria nienawidzi terminu ja. Lata później w opublikowanej przez niej książce praktycznie nie będzie żadnych wzmianek o niej ani o jej osiągnięciach. Pod tym względem dobrała się doskonale ze swym mężem Piotrem. Małżonkowie zadbali o to, aby gdyby nawet ktoś chciał kiedyś wskazać, kto miał większy udział w ich badaniach, nie był w stanie tego zrobić. We wszystkich notatkach zawsze pisali “stwierdziliśmy”, “zauważyliśmy”, zaś kiedy konieczność do oddzielenia roli w jakimś fragmencie pisali — Jedno z nas wykazało, że […].

Maria z mężem w pracowni

Pracowitość

Choć wszystko, co opisałem wyżej to tylko skromny wycinek z życia tej niesamowitej kobiety, wystarczający dowód na jej oddanie, na samospalenie się w ofierze nauce. Mówić, że była pracowita, to jak mówić, że słońce świeci. Dlatego na koniec zostawiam Cię z cytatem z listu MC z do swej piętnastoletniej siostrzenicy Hani Szalay:

Paryż, 6 stycznia 1913:

Więc Ty naprawdę wolałabyś żyć 100 lat temu? Irena powiada, że nie w przeszłości by chciała żyć, ale raczej zobaczyć to, co później będzie. Ja zaś myślę, że w każdej epoce można mieć życie interesujące i użyteczne, a o to głównie chodzi, by go nie zmarnować i móc sobie powiedzieć jak Jean Christophe “Jak tylko mogłem”.

Ubiegłej wiosny moje dzieci wychowywały jedwabniki. Ja zaś, jeszcze bardzo chora, przypatrywałam się robocie kokonów. Te liszki, tak zajęte, tak pracowite, tak dobrze, umiejętnie i wytrwale pracujące imponowały mi naprawdę. Patrząc na nie zrozumiałam, jak bardzo czuje się nim pokrewna, choć może nie tak dobrze jak one jestem do pracy zorganizowana. Bo i ja także zawsze dążyłam pracowicie do takiego celu, jaki się w mojej świadomości skrystalizował. Dążyłam do niego, nie mając żadnej pewności, że to jest prawda, – widząc że życie jest kruche i znikome, że po nim nie wiadomo co będzie. Że inni inaczej się na życie zapatrują. Dążyłam do niego najwyraźniej dlatego, że musiałam tak samo jak musi jedwabnik tkać swój kokon.

Niech każdy z nas , droga Haniu, tka swój kokon i nie żąda objaśnień, po co i na co. Jeżeli robota nasza będzie dobra, to powiemy sobie, żeśmy się nie gorzej od jedwabników zachowali…

Koniecznie polecam lekturę całości: MARIA CURIE. Ewa Curie.

Newsletter

Dawid Adach

Co-Founder @ MDBootstrap.com / Forbes 30 under 30 / EO'er

For years I've been working as an IT Consultant in countries like Netherlands, Belgium, Poland or India developing enterprise class systems for the biggest companies within domain.

Since 2016 I'm co-founder of MDBotstrap.com - world class UI Framework used by NASA, Amazon, Nike, Airbus, Samsung, Apple and many other Fortune 500 Companies.

All author posts
Related Posts
  • Pewne rzeczy się nie zmieniają… czyli nie mamy Pańskiego płaszcza i co nam Pan zrobi w wydaniu LOT oraz czemu chytry traci dwa razy 

    Był w moim życiu taki okres, kiedy pracowałem w korporacji i dużo latałem. Mój milowy pamiętnik odnotował ponad 500 lotów do momentu, gdy zamieniłem „prawdziwą” płacę na lansowanie się z MacBookiem i sojowym latte w Starbucksie. Niektórzy zwykli nazywać to „robieniem startupów”. No dobra, nie było to sojowe latte, a zamiast Starbucksa częściej była Żabka. […]

  • O tym co możemy a czego nie

    Sztuczna inteligencja zadomowiła się na dobre. Tak, zabierze część miejsc pracy. Nie, nie powstrzymamy jej rozwoju. Ale może zamiast skupiać na tym, czego nie możemy, skupmy się na tym co możemy zrobić? Jest rok 1918, niedługo po zakończeniu I wojny światowej. Adi Dassler, młody człowiek z wizją, nerwowo obserwuje, jak jego pierwszy i jedyny pracownik, […]